Niedługo (może jutro?) Lofoty. Dziś w nocy wypływamy spotkać wieloryby :-)
W nocy - brzmi dumnie ;-). Wciąż jesteśmy za kołem podbiegunowym i słońce towarzyszy nam przez 24 godziny na dobę. Niestety tylko teoretycznie - od paru dni pełne zachmurzenie i nierzadko większy lub mniejszy deszcz. Namiot na granicy wytrzymałości. Dziś jednak się przejaśnia i noc zapowiada się przynajmniej sucha ;-).
Ale wracając kilkaset km na północ i kilka dni do tyłu - kolejna porcja norweskich zapisków...
Po ujściu Tany, ruszyliśmy wąską i krętą "międzynarodówką" E6 w kierunku Alty. Droga bardzo malownicza - wiodła nas poprzez góry i stawy, co pewien czas zahaczając o kolejny fiord...
Porzuciliśmy pomysł dotarcia do najdalej wysuniętej na północ latarni w Gamviku i wybraliśmy mniejszy, ale chyba bardziej malowniczy półwysep nad fiordem Porsanger.
Tutaj też rozbiliśmy swój namiot. Na plaży znaleźliśmy piękne muszle, skorupy krabów królewskich,
wodorosty,
arktyczne roślinki i dużą ilość komarów ;-).
Następnego dnia zamiast odbić na Nord Cap, to jak mawia pieśń "Kiedy szlakiem ku północy przemierzają hufce ludne, ja podnoszę dumnie głowę i odjeżdżam na południe" - udaliśmy się w głąb lądu, do dwóch saamskich miejscowości - Karasjok ( z siedzibą saamskiego parlamentu) i Kautekeino.
Niestety piątek po południu jest czasem, kiedy Norwedzy już mają weekend - wszystko było pozamykane, oprócz muzeum kultury Saamów w Karasjok (ale lepsze widzieliśmy w fińskim Inari i w Warangebotn na Warangerze).
Droga pomiędzy Karasjoik i Katekeino- mało ciekawa - lasy, komary, komary, lasy - tak trochę po fińsku ;-) wszak i granica blisko...
Dużo ciekawsza okazała się droga z Kautekeino do Alty - wzdłuż rwącej rzeki, masywnych gór, skał i mgieł... cudownych mgieł! To były nasze pierwsze mgły podczas tej wyprawy.
Alta - upał ponad 30 stopni i wspaniałe muzeum rytów naskalnych - 3km trasa od skał do skał.... i to w pięknym krajobrazie tuż nad fiordem... szkoda tylko, że tak gorąco....
Za ciepło... ruszyliśmy w kierunku Tromso i Alp Lyngen i od razu zrobiło się chłodniej....
I tak jest do dzisiaj ;-)
wtorek, 12 lipca 2011
poniedziałek, 11 lipca 2011
Varanger - ptaki, skały i Morze Barentsa
...a właściwie jeszcze renifery, arktyczny klimat, łany maliny moroszki i czarnej bażyny, piękne muszelki na wybrzeżu i... wielkie, dzikie przestrzenie :-)
Mimo kapryśnej pogody jaka nas tu spotkała - opuściliśmy ten niezwykły półwysep zauroczeni jego klimatem, z nadzieją, że jeszcze nieraz tu powrócimy.... :-)
...a w wielkim foto-skrócie wygląda to mniej więcej tak:
ptaki ( głównie mewy trójpalczaste i siodłate oraz kormorany) na klifie Ekkeroy
ptaki ( oprócz w/w genialne maskonury, a także wydrzyki, nurzyki i alki) na ptasiej wyspie Hornoy (niestety przeprawa motorówką z Vardo dosyć kosztowna - 300 NOK za osobę (dzieci 150 NOK)).
"koniec świata" w Hamninbergu - księżycowy krajobraz, poszarpane skały schodzące do morza, pomiędzy którymi pasły się owce (a te nie wiem jak się tu dostały ;-))
Vardo - najdalej na wschód wysunięty skrawek Norwegii - podobno jedyny zaliczający się do klimatu arktycznego;
wybrzeże Morza Barentsa - dzikie i pełne niespodzianek na plaży - pięknych muszli i różnych gratów wyrzuconych na brzeg (zardzewiałe boje, deski itp).
Zjawiskowy dojazd na północny kraniec półwyspu - do Berlevag,
a potem 4 km spacer na świety klif Saamów Tanahorn (szliśmy nocą - polecam! :-)),
raz ujście rzeki Tany - ostatniej syberyjskiej rzeki...
wielkie łachy piasku, rybitwy, wydrzyki, ostrygojady,
no i oczywiście wszechobecne renifery... czyli "wszystko zwierze co ma pierze..." ;-)
Mimo kapryśnej pogody jaka nas tu spotkała - opuściliśmy ten niezwykły półwysep zauroczeni jego klimatem, z nadzieją, że jeszcze nieraz tu powrócimy.... :-)
...a w wielkim foto-skrócie wygląda to mniej więcej tak:
ptaki ( głównie mewy trójpalczaste i siodłate oraz kormorany) na klifie Ekkeroy
ptaki ( oprócz w/w genialne maskonury, a także wydrzyki, nurzyki i alki) na ptasiej wyspie Hornoy (niestety przeprawa motorówką z Vardo dosyć kosztowna - 300 NOK za osobę (dzieci 150 NOK)).
"koniec świata" w Hamninbergu - księżycowy krajobraz, poszarpane skały schodzące do morza, pomiędzy którymi pasły się owce (a te nie wiem jak się tu dostały ;-))
wybrzeże Morza Barentsa - dzikie i pełne niespodzianek na plaży - pięknych muszli i różnych gratów wyrzuconych na brzeg (zardzewiałe boje, deski itp).
Zjawiskowy dojazd na północny kraniec półwyspu - do Berlevag,
a potem 4 km spacer na świety klif Saamów Tanahorn (szliśmy nocą - polecam! :-)),
raz ujście rzeki Tany - ostatniej syberyjskiej rzeki...
wielkie łachy piasku, rybitwy, wydrzyki, ostrygojady,
no i oczywiście wszechobecne renifery... czyli "wszystko zwierze co ma pierze..." ;-)
Etykiety:
alki,
Berlevag,
Ekkeroy,
Hamninberg,
Hornoy,
Maskonury,
Morze barentsa,
ostrygojady,
puffins,
renifery,
Tana,
Tanahorn,
Vadso,
Varanger,
Vardo
Lokalizacja:
Varanger, 9990, Norwegia
sobota, 2 lipca 2011
Finlandia, Park Narodowy Pyha-Luosto
Finlandia przywitała nas pięknymi łąkami po których chodziły kuliki wielkie (lubiły też siadywać na dachach lapońskich szałasów),
pierwszymi reniferami na drogach...
no i komarami w dużej ilości. Szczególnie aktywne były oczywiście wieczorem i w nocy (która na tej wysokości geograficznej istnieje właściwie tylko w teorii, a słońce zagląda do namiotu nawet od strony północnej! :-)).
Postanowiliśmy zajrzeć do kolejnego, tym razem fińskiego parku narodowego Pyha-Luosto. Droga do niego wiodła przez Rovaniemi i tzw. wioskę świętego Mikołaja. Zajrzeliśmy tam, ale oprócz sklepów pamiątkowych, restauracji poczty - niewiele było atrakcji. Zaskakujący był też wyraźny niedobór dzieci w owej wiosce - zdecydowanie przeważali emeryci ;-).
Główną atrakcją okazało się przejście koła podbiegunowego...
Park Narodowy Pyha-Luosto - składa się właściwie z dwóch części - Pyha i Luosto. My postanowiliśmy spenetrować tę pierwszą - skuszeni zapowiedzią zobaczenia świętej góry Saamów i innych podobnych atrakcji. Po świetnych doświadczeniach ze szwedzkimi hytkami - znów wzięliśmy ze sobą tylko śpiwory... no i mieliśmy survival komarowy ;-). Zaznaczona na mapie chata okazała się jedynie otwartą wiatą, z paleniskiem i widokiem na tajemnicze górskie jezioro...
Zakopani po uszy w śpiwory jakoś przetrwaliśmy do 4 rano ;-). Ruszyliśmy dalej w drogę, pokonując gołoborza trochę przypominające nasze rodzime Góry Świętokrzyskie :-). Od czasu do czasu można było w kwarcytowych skałach znaleźć pamiątkę po falach morskich spzred 2 mln lat...
Wkrótce zdobywaliśmy świętą górę Saamów - Noitatunturi, gdzie w dawnych czasach składali ofiary bogom. Wokół roztaczał się piękny i szeroki widok....
Wkrótce schodziliśmy w kierunku kolejnych jezior...
a ponad kołował myszołów włochaty...
Pod koniec doszliśmy do jednego z najstarszych wodospadów świata (podobno), który spływa z tych gór już od około 2 mln lat...
a woda z tego wodospadu... ech, trudno szukać smaczniejszej! :-)
Świeciło słońce i w międzyczasie nastał taki upał (ponad 26 stopni!), że wiedzieliśmy jedno- czas ruszać nam dalej na północ!
pierwszymi reniferami na drogach...
no i komarami w dużej ilości. Szczególnie aktywne były oczywiście wieczorem i w nocy (która na tej wysokości geograficznej istnieje właściwie tylko w teorii, a słońce zagląda do namiotu nawet od strony północnej! :-)).
Postanowiliśmy zajrzeć do kolejnego, tym razem fińskiego parku narodowego Pyha-Luosto. Droga do niego wiodła przez Rovaniemi i tzw. wioskę świętego Mikołaja. Zajrzeliśmy tam, ale oprócz sklepów pamiątkowych, restauracji poczty - niewiele było atrakcji. Zaskakujący był też wyraźny niedobór dzieci w owej wiosce - zdecydowanie przeważali emeryci ;-).
Główną atrakcją okazało się przejście koła podbiegunowego...
Park Narodowy Pyha-Luosto - składa się właściwie z dwóch części - Pyha i Luosto. My postanowiliśmy spenetrować tę pierwszą - skuszeni zapowiedzią zobaczenia świętej góry Saamów i innych podobnych atrakcji. Po świetnych doświadczeniach ze szwedzkimi hytkami - znów wzięliśmy ze sobą tylko śpiwory... no i mieliśmy survival komarowy ;-). Zaznaczona na mapie chata okazała się jedynie otwartą wiatą, z paleniskiem i widokiem na tajemnicze górskie jezioro...
Zakopani po uszy w śpiwory jakoś przetrwaliśmy do 4 rano ;-). Ruszyliśmy dalej w drogę, pokonując gołoborza trochę przypominające nasze rodzime Góry Świętokrzyskie :-). Od czasu do czasu można było w kwarcytowych skałach znaleźć pamiątkę po falach morskich spzred 2 mln lat...
Wkrótce zdobywaliśmy świętą górę Saamów - Noitatunturi, gdzie w dawnych czasach składali ofiary bogom. Wokół roztaczał się piękny i szeroki widok....
Wkrótce schodziliśmy w kierunku kolejnych jezior...
niektóre głębokie doliny zamiast wody kryły w sobie kolorowe bagna...
a ponad kołował myszołów włochaty...
a woda z tego wodospadu... ech, trudno szukać smaczniejszej! :-)
Świeciło słońce i w międzyczasie nastał taki upał (ponad 26 stopni!), że wiedzieliśmy jedno- czas ruszać nam dalej na północ!
przez Szwecję - Park Narodowy Skulaskogen
Prom Gdańsk (18.00) - Nynashamn (13.00 następnego dnia).
Wygodna podróż z kajutą turystyczną na poziomie II (najtańszą) - czyli pod własnym samochodem ;-). Ukołysani szumem fal, wyspani - w dobrej formie ruszyliśmy na północ, drogą E4 wzdłuż zatoki Botnickiej. Mijaliśmy lasy, lasy i lasy, a co jakiś czas piękne jeziora. Zarówno w lasach i owych jeziorach - mnóstwo skał - większych i mniejszych. Na drodze mały ruch, spokojna, równa jazda - sympatycznie.
Pierwszy nocleg - na dziko (wedle skandynawskiego prawa można rozbijać namiot wszędzie, byle było to min. 150m od domostwa, nie na czyimś polu, oraz nie na parkingu) już niedaleko Parku Narodowego Skulakogen - celu naszej pierwszej pieszej wycieczki. Wybraliśmy się tam następnego dnia, ze śpiworami - wiedząc, że można liczyć na parkowe darmowe hytki (skromne chaty postawione w pięknych miejscach), w których można nocować (jedną noc).
Park nas nie zawiódł. Trasa bardzo różnorodna, malownicza. Jest to chyba najpiękniejszy kawałek Zatoki Botnickiej - dzięki wysokim brzegom i archipelagu większych i mniejszych wysepek.
Najlepiej patrzeć na nie z góry - z kamienistej drogi nad jezioro Tarnattrattnen
czy z najwyższej góry parku - Slattdalen,
u której podnóża zaczyna się wąski ale wysoki kanion Slattdasskrevan.
W godle owego parku znajduje się niezwykle rzadki porost - brodaczka najdłuższa (Usnea longissima), która w Polsce uważana jest za wymarłą.
Z silnym postanowieniem, by jeszcze tu kiedyś na dłużej powrócić ruszyliśmy dalej, w kierunku Finlandii...
Wygodna podróż z kajutą turystyczną na poziomie II (najtańszą) - czyli pod własnym samochodem ;-). Ukołysani szumem fal, wyspani - w dobrej formie ruszyliśmy na północ, drogą E4 wzdłuż zatoki Botnickiej. Mijaliśmy lasy, lasy i lasy, a co jakiś czas piękne jeziora. Zarówno w lasach i owych jeziorach - mnóstwo skał - większych i mniejszych. Na drodze mały ruch, spokojna, równa jazda - sympatycznie.
Pierwszy nocleg - na dziko (wedle skandynawskiego prawa można rozbijać namiot wszędzie, byle było to min. 150m od domostwa, nie na czyimś polu, oraz nie na parkingu) już niedaleko Parku Narodowego Skulakogen - celu naszej pierwszej pieszej wycieczki. Wybraliśmy się tam następnego dnia, ze śpiworami - wiedząc, że można liczyć na parkowe darmowe hytki (skromne chaty postawione w pięknych miejscach), w których można nocować (jedną noc).
Park nas nie zawiódł. Trasa bardzo różnorodna, malownicza. Jest to chyba najpiękniejszy kawałek Zatoki Botnickiej - dzięki wysokim brzegom i archipelagu większych i mniejszych wysepek.
Najlepiej patrzeć na nie z góry - z kamienistej drogi nad jezioro Tarnattrattnen
czy z najwyższej góry parku - Slattdalen,
u której podnóża zaczyna się wąski ale wysoki kanion Slattdasskrevan.
W godle owego parku znajduje się niezwykle rzadki porost - brodaczka najdłuższa (Usnea longissima), która w Polsce uważana jest za wymarłą.
Z silnym postanowieniem, by jeszcze tu kiedyś na dłużej powrócić ruszyliśmy dalej, w kierunku Finlandii...
Etykiety:
brodaczka najdłuższa,
Skulaskogen,
Slattdalen,
Sweden,
Szwecja,
Tarnattrattnen,
Usnea longissima,
Zatoka Botnicka
Lokalizacja:
239, 893 40 Köpmanholmen, Szwecja
Subskrybuj:
Posty (Atom)











